Niewinne omdlenie w środku nocy miało być jedynie skutkiem zmęczenia i leków. Jednak uporczywe pytania, niepokój bliskiej osoby i kolejne badania zaczynają odsłaniać coś znacznie poważniejszego. To historia o ignorowanych sygnałach organizmu, strachu ukrytym pod żartami i chwili, w której zwykłe „wszystko jest w porządku” przestaje wystarczać.
W nocy, tuż nad ranem — około godziny 4:00–5:00 — obudziłem się z bardzo złym samopoczuciem. Bolał mnie brzuch i ogólnie nie czułem się najlepiej.
Wstałem i szybko poszedłem do toalety, licząc na to, że sytuacja choć trochę się poprawi. Ania nadal spała w łóżku, jak większość ludzi o tej porze.
Usiadłem na „królewskim tronie” i po kilku chwilach straciłem przytomność. W zasadzie dowiedziałem się o tym dopiero wtedy, gdy moja dziewczyna próbowała mnie ocucić, jednocześnie rozmawiając przez telefon ze swoją mamą. Była zapłakana, przerażona i ciągle pytała, jak się czuję. Chciała już wzywać pogotowie, bo kompletnie nie wiedziała, co się ze mną stało.
Prawdę mówiąc, był to drugi taki przypadek w moim życiu. Pierwszy wydarzył się kilka lat wcześniej, jeszcze zanim poznałem obecną partnerkę. Wtedy cała sytuacja wydawała mi się wręcz zabawna — ocknąłem się i czułem, jakby moje ciało było w idealnym stanie.
Tym razem jednak było inaczej. Po odzyskaniu przytomności czułem się oszołomiony. Mimo że wszystko pamiętałem, trudno było mi się zebrać i opisać swoje odczucia. Na początku odmówiłem wezwania pogotowia i zabroniłem Ani dzwonić do dyspozytora medycznego. Oczywiście uważałem, że wiem lepiej i sam zdecyduję, co robić — nawet jeśli dopiero co ocknąłem się po omdleniu.
Podobno podczas upadku roztrzaskałem stojący obok kosz na śmieci i uderzyłem głową o miskę toalety. Niestety szyją zahaczyłem o jej rant, co ucisnęło jabłko Adama i powodowało charakterystyczne charczenie. To dodatkowo przeraziło Anię. Podejrzewam, że przez chwilę lekko się podduszałem — oczywiście całkowicie nieświadomie.
Kiedy odzyskałem przytomność, siedziałem już na zamkniętej toalecie — blady, zdezorientowany i próbujący złapać spokojny oddech. Z całego zdarzenia pamiętałem jedynie wejście do łazienki i moment siadania na toalecie. Resztę historii opowiedziała mi Ania.
Na szczęście szybko zauważyła, że jestem przytomny i nie mam żadnych widocznych objawów neurologicznych ani innych obrażeń, dlatego ostatecznie nie wezwała pogotowia.
Mimo wszystko skierowała mnie do lekarza, żeby sprawdzić, co mogło być przyczyną omdlenia. Skorzystałem z prywatnej opieki medycznej opłacanej przez mojego pracodawcę. W tamtym czasie bardzo rzadko chodziłem do lekarzy i nawet nie miałem lekarza rodzinnego, który znałby moją historię zdrowotną.
Umówiłem wizytę w placówce znajdującej się niedaleko naszego mieszkania i po kilku dniach pojawiłem się na konsultacji.
Szczerze mówiąc, nie traktowałem tego jako czegoś poważnego. Ot, zwykłe badanie. Przy poprzednim omdleniu wyglądało to bardzo podobnie — wtedy skończyło się jedynie wizytą u internisty.
Lekarz zadał kilka standardowych pytań i stwierdził, że takie sytuacje się zdarzają. Według niego był to dość typowy przypadek: obniżone ciśnienie, osłabienie organizmu, leki przeciwbólowe na kręgosłup i dodatkowe napięcie organizmu sprawiły, że po prostu zemdlałem. Dodał nawet, że podobne sytuacje stosunkowo często zdarzają się mężczyznom.
Oczywiście Ania była ze mną podczas wizyty. Chciała usłyszeć wszystko osobiście i mieć pewność, że niczego nie zbagatelizuję ani nie pominę.
Lekarz ostatecznie uległ jej namowom i wystawił skierowanie do neurologa. Specjalista miał mnie zbadać i potwierdzić, że utrata przytomności była jednorazowym incydentem, a nie objawem poważniejszej choroby.
I początkowo właśnie tak to wyglądało. Po standardowym badaniu neurologicznym — stukaniu młotkiem w kolana i łokcie, sprawdzaniu reakcji oraz koordynacji ruchowej — pani neurolog stwierdziła, że wszystko jest ze mną w porządku.
Pomyślałem wtedy, że to świetna wiadomość. Drobny incydent związany z ostatnimi wydarzeniami nie był objawem żadnej poważnej choroby. Żaden lekarz nie widział powodów do niepokoju.
Jednak Ania nie dawała za wygraną. Stanowczo tłumaczyła lekarce, że omdlenia nie biorą się znikąd i że coś musi być nie tak. Zaczęła dopytywać, dlaczego nie zleca rezonansu głowy i co właściwie może być przyczyną takich objawów.
Atmosfera zrobiła się wyraźnie mniej przyjemna. Co prawda nikt nas nie wyrzucił z gabinetu, ale było widać, że pani neurolog nie miała już większej ochoty kontynuować rozmowy. Ania okazała się jednak wyjątkowo skuteczna i ostatecznie dostałem skierowanie na tomografię komputerową głowy. Lekarka zaznaczyła przy tym, że według niej nie było takiej potrzeby, ale skoro bardzo nalegamy, to zleci badanie.
Co ciekawe, sama Ania nigdy wcześniej nie miała wykonywanej tomografii, ale nieustannie powtarzała, że nigdy też nie zemdlała.
Pozostało więc umówić kolejną wizytę i czekać na termin badania.
Dodaj komentarz
Komentarze